Mój dziadek ma raka

data publikacji:

ostatnia edycja:

„Opowiem historię Mikołaja – mojego dziadka, u którego w 2008 roku wykryto rzadko występującą chorobę – szpiczaka mnogiego, a później w 2014 roku raka jelita grubego. Ale wszystko po kolei.” – tak zaczyna się osobista relacja pani Kasi.

„Jestem Katarzyna, mam 23 lata. Z zawodu jestem protetykiem słuchu i technikiem ortopedą. Swoją „przygodę” z medycyną naturalną zaczęłam całkiem niedawno, bo w maju 2014 roku zupełnie przypadkowo, z powodu wykrytej choroby mojego dziadka. I nie spodziewałabym się, że medycyna naturalna stanie się moją pasją.

Od lekarza do lekarza

W 2005 roku (dziadek miał wtedy 68 lat) trafił do szpitala z migotaniem przedsionków. Później w kwietniu 2005 roku miał wylew, leżał miesiąc w szpitalu; na szczęście nie było żadnych negatywnych skutków tego wylewu.

W 2006 roku trafił do szpitala w celu wszczepienia stymulatora serca. Po wyjściu ze szpitala zalecono badania kontrolne, takie jak INR – badające krzepliwość krwi oraz OB – służące jako wskaźnik procesów zapalnych, reumatycznych i nowotworowych. I proszę sobie wyobrazić, że już w 2005 roku OB wynosiło 53, gdy pomiar u mężczyzn po 60 roku życia powinien mieścić się w granicach 1-15?

Oczywiście dziadek posłusznie jeździł na badania kontrolne tak, jak mu zalecono i z tymi wynikami wędrował na konsultacje do lekarki. INR było wysokie, ale nie aż tak, by siać panikę, natomiast OB cały czas rosło, ale nikt nie był świadom tego, co dzieje się z organizmem dziadka. Pani doktor (internista) powiedziała: „Jest Pan w takim wieku i tak widocznie musi być” – śmiechu warte. No to skoro tak musiało być, to dziadek takich kontrolnych wizyt miał mnóstwo. Aż do roku 2008.

Wtedy poszedł na konsultację do innego internisty pracującego w tej samej przychodni i właśnie ten lekarz po dokładnym zapoznaniu się z wynikami badań, stwierdził, że jest taka choroba, którą może wykryć specjalne badanie laboratoryjne. Dziadek dostał skierowanie do szpitala na Oddział Wewnętrzny, gdzie zrobiono badania i postawiono diagnozę: szpiczak mnogi. Dostał skierowanie do Poradni Hematologicznej, z której wcale nie skorzystał , ponieważ przypadkowo przechodząca pani doktor popatrzyła na wyniki i od razu skierowała dziadka na oddział.

I od tego momentu machina ruszyła.

Leczenie chemią

Przez 5 lat dziadek jeździł na oddział chemioterapii dziennej. W międzyczasie trafił do szpitala z ostrą niewydolnością trzustki oraz miał przeprowadzony zabieg z powodu kamicy żółciowej. Wykryto mu także torbielki na nerkach, z którymi nic nie zrobiono, tylko zapisano jakieś tabletki, które „może pomogą”. Podczas stosowania sterydów doświadczał wielu skutków ubocznych: polineuropatia, ginekomastia, obrzęki kończyn, omamy wzrokowe i słuchowe.

Po kolejnej wizycie dziadka na oddziale chemioterapii (luty 2013), po powrocie do domu, dało się zauważyć, że coś jest nie tak. Dodam, że do tej pory dziadek przez te 5 lat sam jeździł na oddział. Nie dlatego, że nikt się nim nie interesował, ale tylko dlatego, że czuł się na tyle silnie, że mógł samodzielnie odbywać wizyty. Tym razem jednak na następną wizytę dziadek pojechał wraz z moją mamą. Podczas tej wizyty pani doktor stwierdziła, że choroba wymknęła się spod kontroli i rokowania życia są krótkie. Te słowa lekarki zadziałały na nas jak motywujący impuls do działania.

Leczenie dietą

Mama czytając jedną z lokalnych gazet, natknęła się na artykuł o mężczyźnie, który postanowił sam leczyć swoją matkę z nowotworu oka i jelita (kobieta miała wykonaną operację jelita, natomiast oka już nie). Postanowiłyśmy pojechać po poradę do tego pana, który udzielił nam wskazówek, jak prowadzić dietę. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że była to metoda Maxa Gersona. Po powrocie przedstawiłyśmy dziadkowi i babci, jak wygląda sytuacja. Dla nich jednak było nie do pomyślenia, jak można przestrzegać takiego rygoru. W ich mniemaniu życie bez mięsa, to nie życie! No, ale jakoś oboje się przełamali.

Dieta (od red. Gersona) była stosowana od marca 2013 do sierpnia 2013. W połowie sierpnia, dziadek udał się do homeopaty, który wykonał mikroskopowe badanie kropli krwi w ciemnym polu i stwierdził, że wszystko jest niby dobrze. Zalecił prawie normalne odżywianie z tym, że mięso miało być wg niego białe i gotowane na parze.

Dodam, że od kwietnia 2013 dziadek miał przepisaną chemioterapię (w postaci tabletek), której jednak nie podałyśmy. Cały czas stosowałyśmy dietę warzywno-owocową. Podczas wizyty kontrolnej, lekarka po wynikach zorientowała się, że chemia nie jest podawana i zmusiła do przyznania się, co jest podawane w zamian. Dziadek ,,złamał się” i przyznał, że jest stosowana dieta. Lekarka uznała to za konkurencję leczenia i zastosowała szantaż twierdząc, że wobec tego nie widzi możliwości dalszej współpracy. A przecież i tak wiedziała, że będzie dziadka leczyć… Usatysfakcjonowana swoją strategią, lekarka (mama ją aż wręcz prosiła, by nie przerywać kuracji) zaaplikowała dziadkowi chemię i zaplanowała kolejną wizytę za 2 tygodnie w celu sprawdzenia czy chemia jest stosowana. Dziadek wystraszony tym, co powiedziała lekarka, odpuścił dietę warzywno-owocową i grzecznie stosował chemię oraz jadł wszystko gotowane na parze.

Tak było do września 2013 roku.

Kolejny guz

W październiku 2013, podczas wizyty kontrolnej w trakcie pobierania krwi, dziadek stracił przytomność i cały dzień spędził na oddziale SOR i od tamtej pory dziadek już nie jeździł na oddział chemioterapii.
W marcu 2014 roku dziadek pojechał z mamą na badania kontrolne i inna pani doktor stwierdziła, że choroba się zatrzymała i wizyty w oddziale są zbędne. Dostali skierowanie do poradni hematologicznej, do której jednak dziadek nie pojechał, gdyż zaczęły się przygody z nieskończonymi przeziębieniami.

10 maja 2014 roku dziadek trafił do szpitala z bólem brzucha, gdzie po dogłębnych badaniach i tygodniowym pobycie na Oddziale Wewnętrznym stwierdzono guza w jelicie grubym. Przeprowadzono natychmiastową operację usunięcia guza (cały nie został wycięty). Dziadek leżał jeszcze miesiąc w szpitalu, a ja przez ten czas szukałam informacji na temat naturalnego leczenia. Pozwolę sobie zacytować mądre słowa, które kiedyś przeczytałam i są one moim mottem przewodnim: ,,Kto ma oczy ten widzi, Kto ma uszy ten słyszy. Kto rozsądny wyciąga właściwe wnioski. Kto mądry szuka na wszystkich frontach, nie da się zwieść tylko przez propagandę, wie co robić i szuka dobrych rozwiązań w świecie natury, aby naprawić swój zdrowotny problem”. (cytat za: https://www.vismaya-maitreya.pl/naturalne_leczenie_polityka_nowotworowa.html?)

Całe szczęście, że znalazłam stronę Primanatura.pl, gdzie cały przebieg diety jest obszernie opisany. Są opisane zasady diety oraz to, jak może wyglądać kryzys ozdrowieńczy – co dla osób nie mających styczności z metodami alternatywnymi może wyglądać jak nawrót choroby. Poczytałam jeszcze trochę o tej metodzie i wybór padł właśnie na nią. Dlaczego? Dlatego,że prawie każde leczenie alternatywne powoduje czasowe pęcznienie guza, które przed kurczeniem może powodować ból i w ten sposób prowadzić do dysfunkcji organizmu, a zawarty w diecie dr Budwig olej Omega 3 powoduje szybkie kurczenie guzów.

Decyzja podjęta. Już nie mogłam się doczekać, aż dziadek wyjdzie ze szpitala i w końcu zastosuje się ową dietę. No, ale niestety, czas się ciągnął i podczas pobytu dziadka w szpitalu musiałam patrzeć jak podają mu ,,bardzo smaczne szpitalne jedzonko”, którego nie pozwalałam dziadkowi jeść (zabierałam je do domu i dawałam kotu, który nawet nie chciał tego tknąć). Podawałam dziadkowi jogurty naturalne, aby odbudować i wzmocnić florę bakteryjną jelit. Podczas jednej z wizyt u dziadka, rozmawiałam z lekarzem na temat leczenia i ogólnego stanu zdrowia. Zasugerował mi, by stawić się na komisję, a tam zadecydują, który rodzaj nowotworu będzie leczony. Powiedział, że ,,w tym przypadku dobrze jest zastosować chemioterapię z naświetlaniem, bo a nóż się uda”. Grzecznie wysłuchałam lekarza, bo wiadomo lekarz to też człowiek, ale i tak wiedziałam, że na żadne konwencjonalne terapie dziadka już nie puszczę. W żadne dalsze dyskusje się nie wdawałam.

11 czerwca dziadek wyszedł ze szpitala. Został postawiony przed faktem dokonanym, że będzie miał prowadzoną taką a nie inną dietę. Zapytałam tylko, czy się zgadza, bo wiadomo nic na siłę. Odpowiedział, że się zgadza. Ani razu dziadkowi nie wspomniałam o tym, że ma w sobie drugiego raka. Dopiero po 3 miesiącach diety powiedziałam. co mu dolega – nie chciałam go dobijać psychicznie, bo wiedziałam, że załamanie nie służy poprawie stanu zdrowia i nie byłoby wiary w moc tej diety. Lekarz, z którym rozmawiałam powiedział, żeby po 2 tygodniach poinformować dziadka o chorobie. Natomiast z innymi lekarzami ustaliłam, żeby jednak nie mówić, co mu dolega.

Więc dietka ruszyła.

Dieta dr Budwig

Najpierw trwał tygodniowy okres przejściowy z wszystkimi wariantami trwającymi 2-3 dni każdy. Po tygodniowym okresie przejściowym, czas przejść do sedna sprawy. No i tu zaczęły się schody, bo moja babcia chciała być we wszystkim mądrzejsza, aż wręcz czasami nie dawało się tej diety prowadzić, bo ona nie rozumiała tego, że u dziadka skończyło się jedzenie ciast, ciasteczek, chlebka, masełka, mięska, makaroników itd.

Czasami miałam ochotę zrezygnować z prowadzenia tej diety, ponieważ trzeba było pilnować dziadka, by pokryjomu nic nie podjadał albo, żeby babcia nie karmiła go niepożądanymi produktami. Ja wraz z mamą stalyśmy się jakby solidarne w kwestii jedzenia. Rodzina, która przyjeżdżała w odwiedziny wiedziała, że jest prowadzona taka dieta, ale w tej kwestii byli sceptyczni – gdyż prawie wszyscy są fanatykami lekarzy i myślą, że ,,cudowne tabletki” im pomogą.

Wracając do diety, wszystkie zasady były przestrzegane, chociaż na początku było trudno to wszystko ogarnąć, bo ta dieta ma to do siebie, że każdy jej element ma określoną godzinę. Oprócz tego, zaczęłam dziadkowi podawać suplementy diety: chlorellę – 5 tabletek przed śniadaniem i spirulinę 15 tabletek podawanych po 5 po każdym popołudniowym posiłku (obiad, deser, kolacja).

Po 3 miesiącach stosowania diety wypadało zrobić jakieś wyniki kontrolne. Pojechałam po skierowanie na wyniki i stawiliśmy się w szpitalnym laboratorium. Czekając na swoją kolej spotkaliśmy przechodzącego korytarzem lekarza, który wcześniej oferował dziadkowi ,,konwencjonalne trutki”. Gdy zobaczył dziadka, widać było jego zdziwienie, że dziadek tak dobrze wygląda. Po odebraniu wyników pojechałam na konsultację do lekarza przyjmującego w naszej przychodni. Podczas ich analizy nie miał do czego się przyczepić, bo morfologia była książkowa: INR- 1,17, a OB spadło z 95 do 49!

Dodam, że dziadek zażywa tylko te leki – że tak powiem – niezbędne dla serca, które bałabym się odstawić, natomiast takie, jak Furosemid i inne dziadostwa zostały odstawione. Zażywane były tylko Spirulina i Chlorella. Oczywiście żaden lekarz nic nie wie o tym, że jest prowadzona jakakolwiek dieta, bo wiadomo, jakie zdanie medycy mają o takich rzeczach. Oprócz tego przez ten cały czas przed uzyskaniem wyników podawana była kurkuma, rozmaryn i czosnek (przeważnie w sałatkach) oraz napar z pokrzywy.

Ok, wyniki już mamy. Chociaż nie powiem, bo oczekując na nie byłam zestresowana i podekscytowana jednocześnie. Wiedziałam, że nie będą złe; patrząc na dziadka , widziałam, że nie był osłabiony, ani blady, ani senny, tak jak bywało wcześniej w czasie leczenia środkami medycyny konwencjonalnej. Wręcz przeciwnie, dziadek nabrał kolorów na twarzy, stał się żywszy, mniej senny. Zniknęło nawet mrowienie kończyn. A to po zaledwie 3 miesiącach stosowania diety.

Bardzo mnie to zmotywowało do dalszego działania. Zaczęłam się jeszcze bardziej interesować medycyną naturalną.

Dopasowywanie diety do grupy krwi

Przeglądając artykuły, natknęłam się na ten o diecie związanej z grupą krwi. Po wnikliwej analizie, zauważyłam, że część produktów niewskazanych dla grupy krwi dziadka, znajduje się na liście produktów z diety dr Budwig. Nie czekając długo, zmodyfikowałam ową dietę, np. wykluczając ziemniaki, kaszę jęczmienną, kaszę gryczaną. Wybrałam kaszę jaglaną, która jest znana ze swoich właściwości antynowotworowych i z tego, że pochłania negatywne śluzy w naszym organizmie, zostawiłam także ryż brązowy.

Dowiedziałam się, że w wyniku złego odżywiania się, czyli spożywania słodyczy, mleka,soli, piwa,wody mineralnej,wody niegazowanej i innych szkodliwych produktów, dochodzi do zaśluzowienia organizmu człowieka co prowadzi do wychłodzenia narządów wewnętrznych śledziony i trzustki, co daje efekt utrudnionego przepływu krwi, płynów ustrojowych. Dlatego też dobrze jest dodawać do potraw czosnek ,cebulę i por , które wpływają rozgrzewająco, a także imbir, pieprz, chili, kminek, majeranek. A kasza jaglana, dodatkowo ten nagromadzony śluz pochłania.

Zmieniłam też trochę skład soku warzywnego podawanego o 10:00. Zamiast buraków zdecydowałam się podawać kapustę włoską, a reszta warzyw pozostała bez zmian (seler, marchew, jabłko). Stałym elementem jest jabłko, które gości na stole kilka razy dziennie (musli, sok warzywny, apettizer, deser, kolacja). „Jedno jabłko dziennie chroni przed wizytą u lekarza”

Inne elementy takie, jak pasta, sok z papai, sok z kiszonki i inne stosujemy cały czas. Oprócz tego postawiłam większy nacisk na czosnek, imbir, kurkumę, rozmaryn, oregano, bazylię, napar z nagietka, wodę z cytryną. Zaczęłam też kierować się indeksem glikemicznym, bo – jak wiadomo – rak uwielbia cukier a nie chciałabym zwiększać poziomu cukru we krwi. Wykluczyłam też z dziadka diety całkowicie sól i pieprz. Nie spożywa też wcale bananów i pomidorów.

Na obiad jest podawany tylko albo kalafior, albo brokuły lub brukselka, czasami duszona kapusta w towarzystwie kaszy jaglanej lub ryżu z sałatką z pasty i warzyw. Na deser: jabłko z mrożoną cytryną. Podaż płynów wynosi 8 szklanek.

Jeśli chodzi o przygotowywanie posiłków, to na początku wszystko sama robiłam, jednocześnie instruując mamę i babcię co z czym powinno sie przygotowywać. W weekendy,  wyręczała mnie mama (oczywiście nie obywało się bez sprzeczek z babcią:)). Ostatnio podczas mojej trzytygodniowej nieobecności w domu, poddałam babcię próbie samodzielności w prowadzeniu diety. Jak na osobę oporną, poradziła sobie dobrze 🙂 Chociaż nie do końca, ponieważ, aż dwa razy (!) nie podała dziadkowi soku do picia z kiszonki, bo jak to stwierdziła: ,,a co się stanie , jak się nie poda?” i kombinowała, że owy sok będzie podawała co drugi dzień 🙂 Jednak dziadek powiedział, że skoro jest napisane, że codziennie to tak ma być:) ( na lodówce są powieszone kartki, jak wszystko przygotowywać krok po kroku).

Kryzysy, sukcesy

We wrześniu (2014) nastąpił kryzys ozdrowieńczy, który na szczęście nie objawił się w jakiś dramatyczny sposób. Obyło się bez wysokiej temperatury. Była tylko biegunka, która nie przyniosła ze sobą innych bolesnych dolegliwości. Właściwie to nie wiedziałam, że zaczął się ten kryzys, bo dziadek nic mi nie mówił, że wystąpiła biegunka. Zorientowałam się, bo pojechaliśmy na badania kontrolne. Po odbiorze wyników, pani z laboratorium powiedziała żebyśmy natychmiast zgłosili się do lekarza, bo OB wynosi 135(!) i, że coś się dzieje. Jak później więcej poczytałam, okazało się, że w czasie kryzysu wszystkie wykonywane badania sugerują mylną diagnozę, czyli wznowę raka. Dlategoteż zachowałam spokój. Zaczęłam stosować okłady z liści włoskiej kapusty, które szybciej wyciągają toksyny. Zwiększyłam też podawanie czosnku, który ma właściwości odcinania dopływu krwi do guza, a także podawałam co najmniej 2-3 razy dziennie herbatę z imbiru, który powoduje szybsze kurczenie guza. Kryzys trwał krótko, bo chyba 4-5 dni.

W grudniu pojechaliśmy z dziadkiem na kontrolę stymulatora serca. Po podłączeniu stymulatora do sprzętu diagnostycznego, kardiolog stwierdził że serce samodzielnie i prawidłowo pracuje i, że trzeba odciążyć stymulator od serca czy jakoś tak. Skierował więc dziadka do innego kardiologa, by to zrobić. Więc jesteśmy już na tej wizycie, lekarz zmierzył ciśnienie (wynosiło wtedy 130/70). Zapytał, jakie leki dziadek zażywa. Po wymienieniu dwóch nazw leków (typowych na serce) lekarz nie dowierzał, że dziadek bierze tylko te dwa rodzaje tabletek. Oczywiście o dietce nic nie wspomniałam.

Powiedziałam,że zażywa spirulinę, a on na to, że chyba leki mi się pomyliły. Pan doktor zaczął wymieniać nazwy leków na serce na literę ,,S” myśląc, że uda mi się przypomnieć. Ja na to, że nie, że spirulinę właśnie, a on: „co to jest ta Spirulina??” 🙂 No cóż, medycy nie słyszeli nigdy o naturalnych wynalazkach :). Wizyta przebiegła nie tak, jak się spodziewaliśmy, ponieważ dziadek nie został wcale podłączony do żadnego sprzętu odciążającego rozrusznik, tylko przepisano mu tabletki, których nie wykupiliśmy, bo nie chciałabym dodatkowo zakwasić organizmu oraz wspierać koncerny farmaceutyczne. Oczywiście decyzję odnośnie kupna tabletek skonsultowałam z dziadkiem, który powiedział że ,,nie chcę nic zmieniać, niech wszystko będzie tak, jak do tej pory i żebym ja go dalej leczyła”. To mile, że choć nie mam wykształcenia medycznego, dziadek powierza mi się w moje ręce i całkowicie mi ufa.

W styczniu 2015 roku nastąpił kolejny kryzys ozdrowieńczy, który nie był już tak łagodny, jak poprzedni. Pojawiła się temperatura 37 stopni, ale tylko przez 2 dni i występująca w niektórych godzinach oraz ból w brzuchu. Bogatsza o doświadczenie z poprzedniego kryzysu od razu obłożyłam brzuch liścmi z kapusty a także kark w celu uspokojenia, bo wiadomo kryzysu nie da się przejść obojętnie. Podawałam większą ilość czosnku a także herbatki z imbiru. Kryzys trwał ogólnie tydzień. Pierwsze 3 dni dziadek był senny, później przez dwa dni były bóle i temperatura, przez kolejne dwa dni dziadek dochodził do siebie, bo kryzys go strasznie wymęczył. Liście z kapusty były przykładane jeszcze przez następny tydzień. Poinformowałam dziadka, żeby się niczym nie przejmował i najważniejsze, żeby się nie stresował, ponieważ jest to naturalny etap tej diety. Uspokoiło go to. Przez cały czas trwania kryzysu leżał w łóżku, odpoczywał, modlił się, a także stosował mudry, zwłaszcza ratującą życie.

Tak żyję

Osobiście jestem zwolenniczką metod niekonwencjonalnych, które stosuję sama na sobie i na mojej mamie, babcia nie ma jeszcze przekonania a szkoda… . Jemy a właściwie przełykamy ząbek czosnku po 15 minutach od pokrojenia, oprócz tego stosuję okłady z liści kapusty, pijemy przepyszną herbatkę z imbiru, miodu i cytryny, która wzmacnia odporność a w towarzystwie pieczonych babeczek z siemienia lnianego (przepis znaleziony na Primanatura.pl) smakuje wyśmienicie. Oprócz tego przez jakiś czas stosowana była herbata na oczyszczenie krwi (nagietek + pokrzywa+krwawnik). Pijemy również sok warzywny (kapusta włoska+ warzywa), sproszkowany sok z młodego jęczmienia, sproszkowany korzeń maca, który wspaniałe wpływa na cały organizm. Wyeliminowane zostało pieczywo, mięso, kawa, herbata, cukier , ciasta, ciasteczka i inne szkodliwe rzeczy. Jemy również dużo kaszy jaglanej. Nie używam pasty do zębów z fluorem, tylko pastę z oleju kokosowego i sody oczyszczonej, gdyż fluor niekorzystnie wpływa na nasze organizmy.

Tę historię zakończę słowami: ,,nasze zdrowie jest zbyt cenne, by powierzyć je lekarzowi”. Najlepszym lekarstwem jest to, co nam dała Matka Natura. To, co jest nie przetworzone. To, co jest stworzone przez Boga.

Gorąco zachęcam wszystkich do stosowania naturalnych metod leczenia.

Katarzyna”

(tytuł i śródtytuły zostały dodane w redakcji)

Jeśli Tobie, drogi Czytelniku, też pomogła dieta dr Budwig, proszę napisz mi maila:

Spis wszystkich relacji opublikowanych za zgodą ich autorów, znajduje się we wpisie: FAQ – Czy dieta dr Budwig komuś pomogła – relacje Czytelników