Historia Bogdana się kończy

Mój teść Bogdan nie żyje. Zmarł 24 lipca 2012 roku. To dzięki niemu mój mąż i ja zwróciliśmy uwagę na medycynę alternatywną i poznaliśmy dietę dr Budwig. W 2000 roku Bogdan usłyszał bowiem diagnozę: guz nerki prawej. Komentarz lekarza brzmiał: „Ma Pan 3 miesiące życia.” Częściowo początek tej historii opisałam tutaj: Dieta dr Budwig – dlaczego ją promujemy. Oto cała historia Bogdana.

 

Mój teść Bogdan nie żyje. Zmarł 24 lipca 2012 roku. To dzięki niemu mój mąż i ja zwróciliśmy uwagę na medycynę alternatywną i poznaliśmy dietę dr Budwig. W 2000 roku Bogdan usłyszał bowiem diagnozę: guz nerki prawej. Komentarz lekarza brzmiał: „Ma Pan 3 miesiące życia.”  Częściowo początek tej historii opisałam tutaj:  Dieta dr Budwig – dlaczego ją promujemy.  Oto cała historia Bogdana.

Diagnoza

Tuż przed Wigilią 2000 r. w trybie pilnym zrobiono Bogdanowi badanie tomograficzne. Wykonane wcześniej badanie USG pokazało, że w jego prawej nerce tkwi duży guz (wielkości kurzego jajka). Gdyby nie wypadek w pracy (Tato spadł z drabiny z wysokości pierwszego piętra, montując klientowi kolektor słoneczny, w wyniku czego pojawił się krwotok z pęcherza) o guzie – zapewne – nie wiedzielibyśmy jeszcze długo.

Wynik badania KT jamy brzusznej z dn. 23-12-2000:

historiabogdana_tk20000001_X
Wynik TK z grudnia 2000

Lekarze nalegali na pilną operację (wycięcie całej nerki prawej), a następnie kontynuowanie leczenia w postaci chemio- i radioterapii. Mimo tego nie dawali szans na wyleczenie :( I być może ta właśnie „szczerość” obudziła w nas odwagę,  by zakwestionować sens proponowanych terapii szpitalnych. Wiadomo było jednak, że odrzucając to, co oferują lekarze, trzeba znaleźć alternatywę.

Terapia alternatywna

Ratunku szukaliśmy przede wszystkim w internecie. Na początku Tato przeszedł intensywną 3-miesięczną kurację detoksykacyjną ziołami andyjskimi, w tym vilcacorą. W tej sprawie konsultowaliśmy się z Andean Medicine Center w Londynie. W czasie, gdy Tato parzył sobie niesmaczne ziółka, mój mąż Piotr gromadził dane odnośnie długofalowej alternatywnej terapii. Bo Tato już zdecydował, że ani operacja, ani biopsja, ani chemioterapia, ani radioterapia go nie interesują. Nie znaczy to jednak, że nie miał wątpliwości, czy postępuje słusznie. Cała rodzina je miała. Niektórzy wyrażali je bardzo stanowczo. Mimo to Tato zdecydował się na zastosowanie odkrytej przez Piotra w internecie diety dr Budwig.

Zmagania z dietą dr Budwig

Dieta dr Budwig – więcej informacji

Pierwszy dzień diety nie był ani smaczny, ani, jak się później okazało – zbyt zdrowy. Korzystaliśmy z angielskich stron internetowych. Błędnie zrozumieliśmy wskazówki. Zamiast 250 g Linomelu (mielonego siemienia) Tato wypił z sokami 250 ml oleju lnianego. I do tego był to olej „Linolia” – ubogi w kwasy Omega-3! Jedyny dostępny wtedy w sklepach. Nic dziwnego, że dzień zakończył się biegunką. No cóż, niewątpliwie nastąpiło intensywne oczyszczenie jelit, nie takie jednak działanie było pożądane. Na szczęście ten błąd nie miał poza biegunką innych konsekwencji.

Nie jest łatwo wprowadzić w życiu jakiekolwiek zmiany. Gdy mój teść zaczynał dietę, mąż i ja mieszkaliśmy wtedy w jego domu. Postanowiliśmy, że solidarnie przechodzimy na dietę z Tatą. Koniec z daniami typu: ziemniaki, mięso i surówka. Koniec z zasmażkami, vegetą i zabielanymi śmietaną zupami! Co gotować w takim razie? Teściowa była przerażona. Tym bardziej, że olej lniany od dzieciństwa kojarzył jej się z impregnatem do drewna.

Oczywiście, że da się żyć bez mięsa, śmietany, vegety i zasmażek.  Gotowanie zabierało więcej czasu, ale nie ze względu na trudność przyrządzania potraw, tylko spowolnione myślenie o tym, co ugotować. Po paru tygodniach nasz smak się wyostrzył. Zaczęliśmy się delektować wegetariańskimi daniami. I nie mogliśmy obejść się bez pasty dr Budwig. Z jednym wyjątkiem: teściowa nie zaakceptowała jadalności oleju lnianego i jako jedyna w rodzinie nie jadała pasty, choć niejednokrotnie sama ją przyrządzała.

Po około 6 miesiącach diety i przeszło 8 miesiącach od postawionej diagnozy, Tato udał się na kontrolne badanie TK.

Wynik badania jamy brzusznej z dn. 04-09-2001:

historiabogdana_tk20010001_X

To badanie dodało nam otuchy. Co prawda wielkość guza wzrosła, ale w przypadku wykonywania badań obrazowych na różnym sprzęcie i przez różnych lekarzy istnieje spory margines na różnice w odczycie. Dla nas ważne było to, że  guz wykazuje cechy rozpadu, że nie pojawiają się przerzuty i że miażdżyca w aorcie zniknęła!  Samopoczucie Teścia było bardzo dobre, cera – zdrowa jak nigdy dotąd.

Tato relacjonował, że lekarz wykonujący drugie badanie TK był zdumiony po okazaniu wyników poprzedniego badania. Upływ 8 miesięcy bez szpitalnego leczenia w przypadku takiej diagnozy wg niego mógł oznaczać tylko jedno: postęp choroby. Tymczasem miał przed sobą pacjenta, u którego „bez leczenia” wątroba wyzdrowiała, miażdżyca ustąpiła z aorty brzusznej,  a ogólny stan pacjenta był świetny.

Porównajmy wyniki:

23 grudnia 2000 4 września 2001
wątroba z cechami stłuszczenia, bez zmian ogniskowych wątroba bez cech stłuszczenia, bez zmian ogniskowych
w prawej nerce guz 60×43 mm, niejednorodnie cieniujacy, bez jednoznacznych cech naciekania, w obrębe guza drobne zwapnienia w prawej nerce guz 61,4×57 mm, cieniowanie – brak opisu, bez jednoznacznych cech naciekania, w obrębe guza drobne zwapnienia, cechy rozpadu
ściana aorty brzusznej – zwapnienia ściana aorty brzusznej – zwapnień nie stwierdzono

Dieta dr Budwig to była zatem dobra droga!

Lekarze byli wówczas zupełnie nieobeznani z tematem kwasów OMEGA 3 i ich wpływem na zdrowie. Dietetyka na studiach medycznych jest w dalszym ciągu marginalizowana.  Skąd mieli zatem czerpać informacje? W telewizji nie reklamowano jeszcze wtedy produktów  z Omega-3. Tato często opowiadał o pewnej wymianie zdań podczas jednej z wizyt kontrolnych. Lekarz po wysłuchaniu historii choroby i wykonaniu badania USG spytał:

– „Co Pan robi?”

– „Piję olej Omega 3”.

– „Aaaa… Wie Pan, to dla mnie  brzmi jak Mobil 1 ” – odpowiedział zakłopotany lekarz…

 

 

Życie z guzem

Nietrudno sobie wyobrazić, w jaki sposób leczenie szpitalne ogranicza aktywność chorego. Wizyty w szpitalu, zarówno w celu przeprowadzenia chemioterapii i radioterapii, jak i konieczność wykonywania badań kontrolnych wywracają pacjentom do góry nogami ich dotychczasowy harmonogram dnia. Nie mówiąc o skutkach ubocznych prowadzonych terapii.  Pacjent w leczeniu szpitalnym to z reguły pacjent chorujący obłożnie, zwolniony z pracy zawodowej i obowiązków domowych.

Tato nie leżał w łóżku ani jednego dnia! Codziennie rano robił sobie świeżą pastę dr Budwig z 10-12 łyżek oleju lnianego, mielił siemię lniane, łykał suplementy (najpierw wit. C w ilości 1500 mg, wit. E w ilości 1200 IU, Schizandrę Herbalifu,  Transfer Factor Plus,  drożdże piwne i inne), potem wyjeżdżał do pracy. Od razu powrócił bowiem do swoich zwykłych, codziennych obowiązków.

Nie wiemy, czy mieliśmy rację w nakłanianiu Taty do terapii alternatywnych. Nie wiemy,  jak Tato zareagowałby na zaproponowane leczenie szpitalne. Nie wiemy, czy i jakie komplikacje pojawiłyby się po drodze. Nie wiemy, jak szybko i skutecznie wracałby do zdrowia… Wiemy natomiast, jak Tato funkcjonował rezygnując z leczenia szpitalnego i zastępując operację, chemio- i radioterapię prostymi posiłkami z oleju i siemienia lnianego, białego sera, kiszonek warzywnych i suplementów diety.

Wiemy, że pomimo tak fatalnej diagnozy, jaką usłyszał w 2000 roku, Tato przez 11 lat  funkcjonował jak zdrowy człowiek,  na 100% normy. Jego pierwszą reakcją na wieść o chorobie było oczywiście załamanie i potrzeba szukania ratunku. Pierwsze kroki w tej sprawie skierował do Boga. Odbył samodzielną, pieszą pielgrzymkę z Krakowa do Częstochowy.  Nocował,  jak pielgrzym, w domach mijanych po drodze. Gdy wrócił z pielgrzymki, podjął decyzje o leczeniu alternatywnym dietą dr Budwig i suplementami. Ale nie zajął się tylko leczeniem.

Powrócił do normalnego, bardzo aktywnego życia. Miał na głowie wiele obowiązków. Prowadził firmę, borykając się z kryzysem. Wykładał na uczelni w Nowym Sączu. Angażował w działania społeczne i kulturalne w ramach społeczności lokalnej. Uczył angielskiego. W miarę nabywania doświadczenia i wiedzy odnośnie naturalnych metod leczenia, zaczął prowadzić spotkania na temat zdrowego odżywiania. I w tym swoim napiętym grafiku, zawsze miał czas dla rodziny.  A gdy zachorowała jego mama, mimo tylu codziennych obowiązków opiekował się nią osobiście. Alzheimer to okrutna choroba. Tato codziennie pojawiał się, aby robić dla chorej mamy zakupy, sprzątać, gotować i pomagać w utrzymaniu higieny coraz to bardziej niedołężnej matce. On – wg lekarzy – śmiertelnie chory na raka…

 

 

Chory inaczej czy zdrowy inaczej?

Był taki epizod, bodajże w 2003 roku: Tato jak zwykle nie nawykły prosić o pomoc, sam podniósł i wpakował do furgonetki ciężki ploter. Zaraz potem dostał krwotoku z pęcherza. Pojawił się silny ból. Pech chciał, że wezwane pogotowie zabrało go znów do szpitala Żeromskiego – tego samego, w którym usłyszał fatalną diagnozę 3 lata wcześniej. I kolejny zbieg okoliczności: przyjmował go ten sam chirurg!

Gdy zobaczył teścia słaniającego się z bólu zaczął wymyślać mężowi od świadków Jehowy (tak, tak, dobrze to pamiętam :( ), wykrzykując, że to nieludzkie, jak traktujemy ciężko chorego ojca przez 3 lata odciągając go od leczenia i zmuszając do życia w bólu… Wrzeszczał, że teść powinien był być dawno zoperowany, że teraz to już na pewno guz nacieka na nadnercza…Ciekawe, czy pamiętał, że 3 lata wcześniej dawał Teściowi tylko 3 miesiące życia?

Zrobione od razu badanie USG pokazało, że guz zwiększył się aż o 50%! Tato zwijał się z bólu. Chirurg nie zgadzał się na podanie środków przeciwbólowych, twierdząc, że mu to zaciemni obraz. Był gotów do natychmiastowej operacji wycięcia nerki. W takiej nerwowej atmosferze oczekiwał, że  Tato podejmie szybką decyzję i zgodzi się na operację. Zdesperowany teść był już prawie na to gotowy. Ale we mnie pojawiła się wątpliwość.

Ból był bardzo silny, umiejscowiony z prawej strony.  A jeśli to wyrostek robaczkowy? Poprosiliśmy zatem chirurga, żeby zbadał Tatę na wszelki wypadek i pod tym kątem. Operacje na nerkach robi się przecież na plecach. Przeraziła mnie myśl, że jeśli powodem Taty bólu jest zapalenie wyrostka, a chirurg wytnie mu nerkę, Tato może umrzeć nawet po „udanej” operacji…  Chirurg był coraz bardziej poirytowany. Nie zgodził się. Nie wierzył, że Tato jeszcze wczoraj był zupełnie zdrów i aktywnie pracował. Uważał, że go  oszukujemy. Był pewien swojej diagnozy na podstawie badania USG.

Nie daliśmy jednak za wygraną. Poprosiliśmy naszą zaprzyjaźnioną panią doktor, aby odwiedziła Tatę w szpitalu i przy okazji zbadała wyrostek.  Nasza lekarka pojawiła się szybko i bardzo długo Tatę badała. Niestety, badanie potwierdziło, że ból jest nie jest spowodowany zapaleniem wyrostka :( Lekarka wyszła, a Tato udał się do toalety, po czym… wrócił bez bólu!

Okazało się, że dzięki masażowi podbrzusza, który pani doktor zrobiła podczas badania, skrzep przesunął się w moczowodzie i w końcu znalazł ujście. Silny ból, który Tacie doskwierał nie był bólem nowotworowym- jak utrzymywał chirurg. Był spowodowany kolką nerkową! Chirurg nie dowierzał, kiedy Tato obwieścił mu, że już nic go nie boli, i że … rezygnuje z operacji. Nie omieszkał jednak nazwać pacjenta „symulantem”.

Na drugi dzień Tato został wypisany ze szpitala na własne żądanie… a za 2 tygodnie guz wrócił do swej „normalnej” wielkości. Jak to wytłumaczyć?

Nerka to bardzo miękki i podatny na mechaniczne uszkodzenia organ. Najwyraźniej, napięcie mięśni przy podnoszeniu plotera spowodowało „uderzenie” nerki o zwapniały w jej wnętrzu guz. Takie „obicie od środka”. W efekcie pojawił się obrzęk naczyniowy wokół guza i to on był odpowiedzialny za  „powiększenie” guza w obrazie USG. Po ustąpieniu obrzęku guz objawił się ponownie w swojej poprzedniej wielkości.

Narastający stres

Tato był na ścisłej diecie dr Budwig przynajmniej 5 lat. Nie miał nigdy 100-procentowej pewności, że wybrał słuszną metodę leczenia.  Dlatego przez pierwsze lata regularnie co 2-3 miesiące sprawdzał wielkość guza w badaniu USG. Wielkość guza ulegała zmianie w zależności od aparatu i lekarza opisującego badanie. Nie pojawiały się jednak żadne przerzuty.

Z czasem badania USG stały się coraz rzadsze, bo na pierwszy plan wysunęły się choroby żony (jak wspomniałam, mama nie jadła z nami pasty dr Budwig). W 2003 roku okazało się, że jej postępująca słabość fizyczna i problemy z wydolnością oddechową wynikające z niedomykającej się zastawki (wrodzona wada) kwalifikują ją do szybkiej interwencji chirurgicznej.

W listopadzie Mama przeszła operację serca. Wszczepiono jej sztuczną zastawkę mitralną. Od tamtej pory była zmuszona do zażywania leków rozrzedzających krew i kontrolowania wskaźnika rozrzedzenia co tydzień. W grafiku Taty pojawił się kolejny obowiązkowy punkt programu: cotygodniowe zawożenie  żony na badanie INR. Od 2004 roku moja teściowa miała zdiagnozowaną jaskrę, którą leczono operacyjnie. W 2005 roku przeszła zawał. Cierpiała też na chorobę zwyrodnieniową stawów kolanowych oraz niewydolność żylną kończyn.

Od 2000 roku, w trakcie swojej 11-letniej „choroby” Tato wspierał żonę w leczeniu 2 zawałów i innych schorzeń, przeżył śmierć swojej Mamy i swojej Teściowej, którą także opiekował się w trakcie jej ostatniej choroby.

Śmierć bliskich – wg skali stresu Holmesa i Rahe’a – to 63 jednostki stresu. Dwie śmierci – 126 jednostek. Własna choroba – 53 jednostki. Choroba żony – 44 jednostki. Problemy finansowe – 38 – jednostek.  Podliczmy: 261 jednostek. Wg badaczy, którzy opracowali tę skalę, ta suma jednostek stresu uzbierana w trakcie 2 lat zwiększa ryzyko wystąpienia poważnych chorób o 51%…

Ciasteczka i udka

W 2009  roku (9 lat po diagnozie raka Taty) choroba Mamy nasiliła się tak bardzo, że zmuszona była do poruszania się na wózku. Tato – ze swoim guzem – sprawował opiekę nad mamą, domem, a po godzinach prowadził firmę próbując zarobić na utrzymanie. W międzyczasie tracił nerwy na użeranie się z ZUS-em…

Schorowana żona tymczasem traciła resztki optymizmu i zamartwiała się swoją słabością, sytuacją materialną, niemożnością wpierania męża w jego zmaganiach z codziennością. I cały czas była pełna wątpliwości odnośnie stanu zdrowia męża. Nie akceptowała drogi, którą – za naszą namową – obrał Tato. Część rodziny utwierdzała ją w tym. Uważała, że powinien się zoperować.  W miarę jak teściowa sama traciła zdrowie, jej obawy o męża nasilały się.  Dlatego dieta irytowała ją coraz bardziej. A my już nie mieszkaliśmy z rodzicami i nie byliśmy w stanie dawać codziennego wsparcia…

I tak po przynajmniej 5 latach ścisłej leczniczej diety, Tato – solidaryzując się z żoną- zaczął zjadać zakazane dania. Na niedzielnych obiadach u rodziców regularnie zaczęły pojawiać się kurczaki i ciastka. Co gorsza, często te kupne. I od tamtej pory Tato coraz częściej niepokoił się o swoją wątrobę, do której dociskała się nerka z guzem. A gdy on się niepokoił, to Mama z troską nakłaniała go na „normalne” leczenie…

Po raz pierwszy, pojedyncze torbiele na wątrobie o średnicy ok. 1 cm pojawiły się w badaniu USG w kwietniu 2007 roku. Do tej pory wszystkie badanie USG wykazywały wątrobę bez zmian. Tato przejął się wynikiem, ale nie zdecydował na wycięcie guza. Na kolejnych badaniach  zmiany ogniskowe na wątrobie zniknęły i badania USG pokazywały wątrobę bez zmian (badania USG z maja i sierpnia 2008), po czym w lutym 2009 ten sam lekarz znów dopatrzył się pojedynczych torbieli w wątrobie.

W tym czasie tato często przechodził okresy wielkiego zmęczenia. Czasami żalił się, że nie ma siły wejść po schodach. Z reguły jednak zaraz potem machnąwszy ręką zabierał się do pracy.

Lekarze wykonujący badania USG w maju 2009, lutym i czerwcu 2010 oraz czerwcu 2011 – nie dopatrzyli się u Taty zmian ogniskowych w wątrobie. A guz w nerce, jak widać na poniższych skanach, w dalszym ciągu raz opisywano jako większy, drugi raz jako mniejszy: Wyniki badań USG od 2007 do 2011

W 2010 roku u Taty nasiliły się epizody wysokiego ciśnienia. Z perspektywy czasu wiemy już, że były to napady paniki. Tato jednak zawsze odżegnywał się od nerwicy upatrując przyczyn swoich problemow w chorobie wieńcowej… nigdy jednak nie potwierdzonej. W czasie napadów wysokiego ciśnienia ( np. 210/110) Tato wsiadał w samochód i sam wiózł się na pobliskie pogotowie, gdzie aplikowano mu doraźne środki. Z reguły działo się to w środku nocy…

Ostatnia żałoba

29 grudnia 2010 roku (10 lat po pierwszym badaniu tomograficznym Taty stwierdzającym obecność guza w jego nerce) nagle zmarła jego żona. Przewróciła się w łazience – najprawdopodobniej – na skutek zatoru płucnego. W tym czasie Tato odśnieżał podjazd. Karetka została wezwana za póżno. Lekarz reanimował Mamę godzinę. Niestety, bez skutku.

Tato ogromnie głęboko przeżył ten dramat. Nie mógł sobie wybaczyć, że tego ranka wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Obwiniał się też o to, że zgodził się na zaniedbanie poświątecznego badania INR… Ono mogło zapobiec wypadkowi. Wiedział to… Do tego ich ostatnie relacje małżeńskie nie były najlepsze. A przecież tak bardzo się kochali… Szansa na zawarcie zgody znikła bezpowrotnie…

Po pogrzebie nalegaliśmy, aby Tato przeprowadził się do nas. Życie wśród aktywnych ludzi, w rejwachu bawiących się dzieci, w rytmie rodzinnych aktywności dałoby mu możliwość pomyślnego „przeżycia żałoby”… Tato nie zgodził się. Nasze domy dzieliło pół godziny drogi. Prawie codziennie pojawiał się u nas. Najczęściej w porze obiadu lub kolacji. Zwykle odmawiał jedzenia, twierdząc, ze właśnie jest po posiłku.

Widzieliśmy pogłębiającą się depresję Taty. Piotr próbował zaradzić temu na wiele sposobów: rozmowami, spacerami, wypadami do kina. Poprosiliśmy go o regularne lekcje angielskiego dla córek. Tato kochał uczyć. Był wspaniałym nauczycielem!

Na urodziny Tato dostał od nas saksofon. W młodości gra na saksofonie była jego wielką pasją. Był niezwykle uzdolniony muzycznie. Mieliśmy nadzieję, że powrót do grania pozwoli zaleczyć postępującą depresję i otworzy go z powrotem na ludzi i świat…

Tumiwisiści i zapalenie płuc

Ku naszej radości Tato od razu zaczął grać. Przyłączył się do Tumiwisistów – grupy jazzujących starszych panów – emerytowanych wykładowców krakowskich uczelni , którzy co tydzień spotykali się na kameralnych, garażowych próbach. Był bardzo ambitny. Ćwiczył codziennie. Mówił, że gdy gra, zapomina o problemach. Naprawdę bardzo nas to cieszyło. Smuciło jednak to, że mimo wszystko Tato słabł fizycznie.

Święta Bożego Narodzenia 2011 (rok po śmierci żony) spędziliśmy u nas w domu śpiewając kolędy przy wtórze jego saksofonu….Od stycznia 2012 Tato coraz częściej skarżył się na skrócony oddech. W marcu był leczony na zapalenie płuc. Po antybiotykach, zmiany zapalne w płucach cofnęły się. Tato kontynuował muzykowanie z zespołem.

W kwietniu Tumiwiści mieli umówione studio do nagrania swojej studyjnej, prywatnej płyty. W dniu nagrania Tato pojawił się z wysoką gorączką. Mimo to dał z siebie wszystko. Wykonał z kolegami kilkanaście utworów. W każdy, tak jak i pozostali muzycy, zagrał improwizacyjne solo… Dzień później pojawił się u nas. Bardzo słaby. Przyjechał sam autem. Był gotów jechać do szpitala. Sam. Zgodził się jednak zostawić auto u nas. Zabraliśmy go do szpitala, bo gorączka i problemy z oddychaniem narastały.

Zawieźliśmy tatę – zgodnie z jego życzeniem – na ostry dyżur Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Tato zawsze, jako wykładowca akademicki darzył naukowe autorytety wielkim zaufaniem. Był już wieczór. Zanim Tato został przyjęty do badania odczekaliśmy w kolejce około 2 godzin. Wstępna diagnoza brzmiała: zapalenie płuc i anemia – konieczna hospitalizacja. Tatę posadzono na wózku i przewieziono na oddział wewnętrzny.

Od śmierci żony Tato unikał spotkań w jego domu. Właściwie nikogo tam nie zapraszał. Mówił, że dom bez żony działa na niego przygnębiająco, a jednocześnie ucinał rozmowy o przeprowadzce do nas. Gdy zostawiliśmy go w szpitalu, pojechaliśmy do jego domu po zwierzęta.

Okazało się, że dom był bardzo zaniedbany. Właściwie spodziewaliśmy się tego i od dawna próbowaliśmy się umówić na sprzątanie. Pod opieką Taty był schorowany stary pies, 3 koty i bardzo wymagająca papuga żako. Spodziewaliśmy się zatem nieporządku. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w lodówce Taty znajdziemy wyłącznie jedzenie dla zwierząt…

Wyszło na jaw, ze Tato nie jadł nic poza słodyczami. Do tego próby gry na saksofonie odbywały się w ogromnie zakurzonym pokoju, a przecież Tato zawsze był podatny na alergie na kurz… Saksofon to instrument dęty. Podczas gry oddycha się bardzo intensywnie. Higiena pomieszczenia jest bardzo ważna. Przewlekłe stany zapalne płuc Taty mogły zostać wywołane brakiem wentylacji, kurzem i pleśnią.

Szpital – postępująca niepełnosprawność

W szpitalu  pojawiliśmy się z mężem rano. Przywieźliśmy archiwalne wyniki badań Taty odnośnie guza. Spodziewaliśmy się, że wcześniej, czy później lekarze go odkryją. Chcieliśmy, aby wiedzieli, że guz w nerce Taty ma już co najmniej 12 lat i że przez te 12 lat Tato funkcjonował z nim jak zdrowy człowiek…

Spotkanie z Tatą po jednej nocy spędzonej przez niego w szpitalu było dla nas wstrząsające. Od momentu posadzenia na wózku przestał chodzić o własnych siłach. A przecież dzień wcześniej przejechał samochodem ponad 100 km. A przecież 2 dni wcześniej uczestniczył w parogodzinnej sesji nagraniowej grając na saksofonie cały czas na stojąco!

Oczywiście lekarze już zdążyli się dowiedzieć o guzie. Wynikającą z badań anemię zrzucili na karb rozwijającej się choroby nowotworowej. Lekarz prowadzący uprzejmie aczkolwiek nie do końca cierpliwie potakiwał wysłuchując naszych relacji odnośnie głodzenia się Taty, jego depresji, żałoby, 12-letniego życia z guzem, alergii na kurz… Widać było, że nic z tego, co mówiliśmy nie było dla niego istotne.  Nic nie przykuwało jego uwagi. Nie wierzył, że pacjent w takim stanie 2 dni wcześniej mógł 3 godziny bez przerwy na stojąco grać na saksofonie…

Choć bardzo tego chcieliśmy uniknąć – w szpitalu rozpoczęto wnikliwą diagnostykę pod kątem zaawansowanej choroby nowotworowej, z przerzutami… do płuc i wątroby. Bo choć po tygodniu podawania antybiotyków zmiany zapalne i płyn w płucach ustąpiły, to jednak teza choroby nowotworowej wzięła górę. Zaczęto szukać przerzutów.

I znaleziono!

W płucu:
1) „przy ścianie klp po stronie lewej drobna zmiana wielkości 6 mm – drobny ziarninik lub meta (przerzut)”,
2) „na tle sylwetki serca po stronie lewej cień średnicy 7 mm – innych zmian opisywanych na zdjęciach nie widać”.

W wątrobie: „liczne okrągłe ogniska o podwyższonym echogramie po ok. 10-20 mm”.

Guz w nerce zaś opisano w pierwszym badaniu USG z 30 kwietnia jako „zmianę guzowatą niejednorodnej echogeniczności z licznymi zwapnieniami o wym. 71 x 63 mm. Ponadto widoczne cechy naciekania okolicznych tkanek – mankiet wokół nerki ok. 47 x 13 mm.” Pozostałe narządy jamy brzusznej były bez zarzutu, poza widocznymi zwapnieniami w prostacie.

Chciałoby się spytać: „Tylko tyle przerzutów znaleźliście Panowie i Panie – lekarze po 12 latach NIELECZENIA raka złośliwego nerki? U wielu waszych pacjentów w przeciągu 3 lat po chemioterapii rozwijają się często znacznie bardziej rozlegle przerzuty… Czy to Was nie dziwi?”

Do Taty 3-krotnie wysłano młodą, niedoświadczoną panią doktor, która – zgodnie z jego relacją – nie przebierając w słowach jasno dała mu do zrozumienia, że jego stan jest beznadziejny i że musi się zgodzić na proponowane leczenie: biopsję, operację, chemioterapię.

Odkąd młoda lekarka zaczęła nękać Tatę czarnymi wizjami, jego przygnębienie dramatycznie się pogłębiło. Najgorsze jednak stało się, gdy – wbrew naszej prośbie i woli Taty – zrobiono mu badanie TK z kontrastem.

Ostrzegaliśmy lekarza, że Tato jest uczulony na kontrast i absolutnie nie zgadza się na przeprowadzenie badania  TK z kontrastem. Na próżno. Badanie wykonano z kontrastem.

Tuż po badaniu pojawiły się u Taty pierwsze oznaki demencji i poważne zaburzenia równowagi. Kilkakrotnie upadł. Od tej pory Tato przestał podejmować próby samodzielnego przemieszczania się. Lekarze zaś zinterpretowali wyniki badania TK jednoznacznie: rozsiany rak nerki prawej. Zaproponowano leczenie: operacja po konsultacji z urologiem, chemioterapia, radioterapia.

Zapytaliśmy lekarza prowadzącego, czego oczekuje po proponowanym leczeniu zakładając, że jego diagnoza odnośnie raka z przerzutami jest słuszna. Był zakłopotany. To nic, że pacjent jest słaby, w depresji, bez woli walki o życie, że przewiduje się ciężkie skutki uboczne, że proponowane leczenie najprawdopodobniej zabije pacjenta…To nic, że zaproponowane „leczenie” nie uleczy pacjenta.  Takie są procedury!

Ta odpowiedź była nie do zaakceptowania, dlatego po około 2 tygodniach Tato został wypisany ze szpitala na własne żądanie. Na biopsję weryfikującą diagnozę szpitalną się nie zgodził. Przywieźliśmy go do nas.

Woli życia brak

Ułożyliśmy harmonogram posiłków, suplementów, ćwiczeń. Jednak mimo wysiłków, demencja postępowała, co nas bardzo martwiło. Każdego wieczoru pojawiały się ataki paniki. A do tego wszystkiego Tato odmawiał jedzenia i przyjmowania suplementów. Na każdy kęs i każdą porcję kapsułek musieliśmy go nakłaniać na nowo, często bezskutecznie.

Z atakami paniki, które objawiały się dusznością, wysokim nadciśnieniem, przyspieszonym tętnem i ogólnym nasilonym niepokojem radziliśmy sobie sami. Asystowaliśmy Tacie na zmianę z mężem, rozmawiając, prowadząc ćwiczenia oddechowe, zabierając na spacer na wózku itd.

16 czerwca 2012, podczas wizyty rodziny Tato zdenerwował się silniej niż zwykle. Bóle w mostku i duszność nasiliły się.  Był upalny dzień. Wezwaliśmy pogotowie. Tato został zawieziony do szpitala rejonowego w Suchej Beskidzkiej. I tu przeżyliśmy szok!

W Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie wyniośli lekarze-naukowcy nie byli zainteresowani wywiadem z rodziną. Tymczasem w Suchej lekarz bardzo cierpliwie wysłuchał naszej relacji. Nie podzielał zapewne naszych opinii, zadał jednak bardzo ważne pytanie: jakiego leczenia oczekujemy? I zaakceptował naszą odpowiedź. Oczekiwaliśmy zaradzenia temu kryzysowi. Tylko tyle.

Przez 5 dni hospitalizacji lekarz starał się wzmocnić Tatę. Walczyliśmy przede wszystkim z silną anemią. Przetoczono Tacie 2 jednostki krwi. Na czwarty dzień Tato został wypisany do domu. Hemoglobina ustabilizowała się. Tato był silniejszy.

„Powrót Taty”

Pobyt w szpitalu w Suchej wydawał się być przełomem…  Tato częściej stawał na nogi. Sam się ogolił. Miał ochotę spotkać się z przyjaciółmi. Wstąpiła w nas zatem ogromna nadzieja, że przezwyciężył w  sobie niechęć do życia.

Wrócił apetyt! Demencja zniknęła! Tato przytomnie i z detalami powracał do miłych wspomnień, dyskutował. Cieszył się słońcem lata…

Mimo poprawy psychicznej, nocne napady paniki nie ustąpiły jednak. Z czasem napady duszności stały się nawet częstsze. Zrobione prywatnie badania krwi wykazały, że poziom hemoglobiny ponownie spada. Tato słabł i miał coraz większe problemy z poruszaniem. Pojawił się silny obrzęk nóg.  Spał teraz regularnie siedząc nocą w fotelu.

Panika

Nasze córki były na wakacjach u przyjaciółki. 23 lipca po śniadaniu i wspólnej miłej pogawędce na tarasie, zostawiliśmy Tatę w bardzo dobrym stanie, pogodnego, pod opieką mojej mamy i sąsiadki, a sami pojechaliśmy przywieźć dzieci z wakacji. 3 godziny po naszym wyjeździe Tato dostał ataku paniki. Opiekunki nie były w stanie go uspokoić. Wezwały pogotowie.

Tym razem na ratunek przyjechała rozhisteryzowana pani doktor. Moja mama pokazała jej wypis z ostatniego pobytu w szpitalu. Lekarka zaczęła wrzeszczeć przy Tacie, że sytuacja jest beznadziejna… A my byliśmy już wtedy w drodze powrotnej z dziećmi…

Gdy po 3 godzinach dojechaliśmy do szpitala w Suchej, Tato był rzeczywiście w ciężkim stanie. Znów przetaczano mu krew. Był nieprzytomny po dawce morfiny. Pielęgniarki nie rozpoznały go, a przecież opiekowały się nim 4 tygodnie wcześniej! Nie dowierzały, że to ten sam pacjent. Tak bardzo Tato zmienił się w ciągu miesiąca. Jeszcze bardziej szeroko otwierały oczy, gdy ze łzami mówiłam, że 3 miesiące temu ten umierający teraz staruszek gibał się w lewo i prawo improwizując na saksofonie w studiu nagrań…

 Śmierć „na raka”

Zmarł nazajutrz, 24 lipca w samo południe. Na niewydolność krążenia.

Na karcie statystycznej odnotowano, że pierwotną przyczyną zgonu była choroba nowotworowa.

Choroba nowotworowa Taty nie została nigdy potwierdzona histopatologicznie. A jednak mimo to właśnie tak przypadek Bogdana będzie interpretowany przez „magiczne” statystyki… Jego guz równie dobrze mógłby być gruźliczakiem nerki lub torbielem pasożytniczym… Tato spędził w Afryce kilka lat. Wielokrotnie był leczony na malarię. To uprawdopodabnia przecież  i takie wersje diagnozy…

Rachunek sumienia

Depresja to beznadzieja – stan duszy, w którym chęć do życia gaśnie. Utrzymywana długo, zapuszcza w ciele korzenie, programuje na śmierć…

Dziś z perspektywy czasu bardzo żałuję, że zbagatelizowaliśmy ten stan u Taty, licząc na uzdrawiającą moc czasu. Żałuję, że nie spróbowaliśmy przeciwdziałać depresji Taty np. przy pomocy EMDR (Eye movement desensitization and reprocessing).  Żałuję, że Tato dostał się w ręce lekarzy-grabarzy, którzy stosowali metody „lecznicze”, w które sami nie wierzyli, tym samym pogłębiając depresję pacjenta i wzmacniając program – śmierć…

Dziś mogę tylko podzielić się tą historią. Jestem przekonana, że w zmaganiach z ciężką chorobą lepiej uczyć się na cudzych błędach.

Bogdan przed śmiercią żony:

Bogdan z wnuczką Ewą. Minęło pół roku po usłyszeniu diagnozy (2001-05-20).
Bogdan z wnuczką Ewą.
Minęło pół roku po usłyszeniu diagnozy
(2001-05-20).
Bogdan z wnuczką Kasią. Rok po usłyszeniu diagnozy (2001-11-11)
Bogdan z wnuczką Kasią.
Rok po usłyszeniu diagnozy.
(2001-11-11)
Bogdan 2 lata po usłyszeniu diagnozy (2002-03-31)
Bogdan u siebie.
2 lata po usłyszeniu diagnozy.
(2002-03-31)

 

 

 

 

 

 

 

 

Bogdan z wnuczką Anią. 8 i pół roku po usłyszeniu diagnozy (2008-05-09)
Bogdan z wnuczką Anią.
8 i pół roku po usłyszeniu diagnozy.
(2008-05-09)
Bogdan z żoną. 10 i pół roku po usłyszeniu diagnozy (2010-06-23)
Bogdan z żoną.
10 i pół roku po usłyszeniu diagnozy.
(2010-06-23)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bogdan po śmierci żony:

Bogdan 11 i pół roku po usłyszeniu diagnozy (2011-05-27)
Bogdan w żałobie.
11 i pół roku po usłyszeniu diagnozy.
Pół roku po śmierci żony.(2011-05-27)
Bogdan w żałobie. Prawie 12 lat po usłyszeniu diagnozy i prawie rok po śmierci żony (2011-10-29)
Bogdan w żałobie.
Prawie 12 lat po usłyszeniu diagnozy.
Prawie rok po śmierci żony.
(2011-10-29)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie Boże Narodzenie z Bogdanem. 12 lat po usłyszeniu diagnozy i rok po śmierci żony (2011-12-26)
Ostatnie Boże Narodzenie z Bogdanem.
12 lat po usłyszeniu diagnozy.
Rok po śmierci żony.
(2011-12-26)
Bogdan pod koniec choroby. 12 i pół roku po diagnozie. Nieco ponad półtora roku po śmierci żony (2012-07-01)
Bogdan pod koniec choroby.
12 i pół roku po diagnozie.
Nieco ponad półtora roku po śmierci żony.
(2012-07-01)

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec historii Bogdana (2012-07-24)
Koniec historii Bogdana (2012-07-24)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Był wspaniałym człowiekiem

o ogromnej wiedzy i wielkim sercu!

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.